Koszykarki Lotosu wciąż bez zwycięstwa w rozgrywkach Euroligi. W czwartek gdynianki na własnym parkiecie nie dały rady Ros Casares Walencji. Małgorzata Dydek, która jest obecnie jedną z gwiazd hiszpańskiej drużyny, dużej krzywdy im nie zrobiła, ale różnica poziomów między zespołami i tak była bardzo widoczna.
Powrót po chorobie trenera Krzysztofa Koziorowicza na trenerską ławkę Lotosu nie był dla gdyńskiego szkoleniowca zbyt udany. Walencja okazała się dla jego podopiecznych zbyt wymagającym przeciwnikiem, choć zaczęło się nawet obiecująco. Pierwsze punkty w meczu zdobyła Ewelina Kobryn, a później Paulina Pawlak wykorzystała jeden z dwóch rzutów wolnych i Lotos prowadził 3:0. Konto Walencji otworzyła Dydek i przyjezdne szybko zaczęły zdobywać przewagę. W ósmej minucie, po “trójce” Elisy Aquilar prowadziły 16:11. Zryw Lotosu pozwolił mu zmniejszyć stratę do jednego “oczka” (17:18), ale druga kwarta w wykonaniu gospodyń była już dużo słabsza.
Irina Riuchina, która na rozegraniu zmieniła Paulinę Pawlak nie potrafiła podaniem na rzutową pozycję obsłużyć koleżanek, a wejście Any Joković okazało się nieporozumieniem. Tymczasem zmiana jakiej dokonał hiszpański szkoleniowiec Esteban Guerola praktycznie zadecydowała o losach meczu. Erika De Souza, która zastąpiła M. Dydek, była dla gdynianek nie do zatrzymania. Brazylijka zdobyła w tej kwarcie dla hiszpańskiej drużyna 13 punktów i na przerwę Walencja schodziła prowadząc już 49:33.
W drugiej połowie koszykarki Lotosu próbowały jeszcze niwelować straty, ale po kilku lepszych akcjach następowała seria błędów.
- Jeśli gra się z tak doświadczonym zespołem, nie wolno pozwalać sobie na straty, bo rywalki każdą z nich bezlitośnie wykorzystują – stwierdziła po meczu E. Kobryn.
I bliżej końca spotkania, tym koszykarki Lotosu grały coraz bardziej indywidualnie. Nie wykorzystane sytuacje sam na sam z koszem przez Pawlak i Merikę Anderson tak wkurzyły Amerykanki, LaTanyę White i Tamikę Whitmoore, że później na boisku widziały już tylko siebie. O tym, że koszykówka jest grą zespołową White przypomniała sobie dopiero w 38 minucie. Uruchomiła długim podaniem Magdalenę Leciejewską, która zakończyła kontrę trafieniem. Niestety, ostatnim dla Lotosu w tym meczu. Od stanu 61:72 do końca punktowała już tylko Walencja.
Lotos – Walencja 61:83 (17:18, 16:31, 11:13, 17:21)
Lotos: Whitmore 17 (2×3), White 16, Kobryn 8, Veselovski 6, Pawlak 3 oraz Leciejewska 10, Riuchina 1, Jokovic 0, Anderson 0.
Walencja: Aguilar 16 (2), Milton 15 (1), Tornikitou 14, Palau 12, M. Dydek 4 oraz De Souza De Souza 15 Jordana 5 (1), Ferrgaut 2, Strong 0, Breitreiner 0.
Sędziowali: Karolina Andersson (Finlandia) i Andris Aungrogers (Łotwa). Widzów: 1400.
Wygrał lepszy
Krzysztof Koziorowicz
trener Lotosu
- Nie mam pretensji do zespołu. Ambicji moim zawodniczkom nie brakowało, ale gdy gra się przeciwko tak doświadczonej drużynie, sama ambicja nie wystarczy. Aby go pokonać potrzeba trochę szaleństwa i kończenie akcji celnymi rzutami. W naszych akcjach wystąpił tylko ten pierwszy element. Z celnością rzutów było już znacznie gorzej. Chyba moje koszykarki nie do końca wierzyły w możliwość pokonania Walencji.
Grałyśmy zespołowo
Małgorzata Dydek
- Choć z czasów kiedy grałam w Lotosie, pozostały tylko dwie zawodniczki i dla mnie to już zupełnie inna drużyna, zawsze chętnie przyjeżdżam do Gdyni. Ucieszyłam się, że Walencja trafiła w drupie na Lotos, bo dzięki temu mogłam w trakcie sezonu spotkać się z rodziną i moją chrześniaczką. Jeśli chodzi o mecz, to wygrałyśmy ponieważ w przeciwieństwie do Lotosu grałyśmy zespołowo.
Autor artykułu: Adam Suska